Parafia Św. Elżbiety Węgierskiej w Trybszu
Strona Główna ˇ Nasza Patronka - św. Elżbieta Węgierska ˇ Nasz Patron - św. Antoni z Padwy ˇ Galeria ˇ Kolo nr 1 Trybsz w ChicagoWtorek, Marzec 31, 2020
Nawigacja
Strona Główna
Nasza Patronka - św. Elżbieta Węgierska
Nasz Patron - św. Antoni z Padwy
Historia i tradycje w Trybszu
Drewniany kościół z XVI w.
Porządek nabożeństw
Kancelaria Parafialna
Galeria
Kontakt
Ofiary
Szukaj
Kolo nr 1 Trybsz w Chicago
RADA PARAFIALNA
O ŚLUBIE
Kalendarz
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 340
Najnowszy Użytkownik: Paulina
Ostatnio online
Proboszcz06:09:23
klojek08:04:31
Rozalka18 weeks
wojtas87pl117 weeks
Paulina176 weeks
Sylwester204 weeks
przemyslaw256 weeks
Grzegorz259 weeks
JSKiernoziak270 weeks
hanka278 weeks
Statystyka
statystyka
Analiza oglądalności witryny
Witamy
Witamy serdecznie na stronie Parafii Św. Elżbiety Węgierskiej w Trybszu.
HISTORIA ZAKLĘTA W TRADYCJI CZYLI ŻYCIE CODZIENNE
HISTORIA ZAKLĘTA W TRADYCJI CZYLI ŻYCIE CODZIENNE


O życiu mieszkańców naszej wsi wiemy z opowiadań dziadków. Są to informacje sięgające końca XIX wieku, ale najczęściej dotyczą wieku XX. Życie to wyznaczały pory roku, święta kościelne i zwyczaje z nimi związane. Było w znacznym stopniu uzależnione od przyrody. Początek roku liturgicznego to adwent. Był to szczególny czas, nie tylko ze względu na oczekiwanie świąt, ale i na zwyczaje wtedy obowiązujące. Zakończono już prace polowe. Podczas adwentu nie można było niczego robić z ziemią. Nie wożono także gnoju. Uważano bowiem, że i ziemi należy się odpoczynek po całorocznym wysiłku.
Za to adwent był czasem młócki. Młócono cepami lub kieratem, który zaprzęgano do koni. Tylko nieliczni gospodarze mogli pozwolić sobie na młócenie maszyną. A według tradycji należało „do Gód omłócić”. Gdy na to pozwalały warunki, to znaczy gdy była „sanica” gospodarze pracowali w lesie.
Wszyscy chodzili rano na mszę roratnią. Bardzo przestrzegano także postu. Aż trzy dni w tygodniu uważano za postne: środę, piątek i sobotę. W te dni nie podawano potraw mięsnych. Dbano o to, aby nawet jedno tłuste oko nie pojawiło się na potrawach- wcześniej garnki i naczynia służące do przygotowywania potraw wygotowywano. Ale nawet, gdy nie poszczono, jedzenie było skromne. Od lata, kiedy krowy dawały trochę więcej mleka, robiono zapasy z masła na zimę. Masło takie, zrobione w „kiernicce”, zasmażano i solono do smaku, umieszczano w „dzieżeczkach” czyli specjalnie w tym celu wykonywanych beczułkach. Pilnowano przy tym, żeby obrączka przytrzymująca deszczułki była drewniana, nie metalowa. W takiej dzieży przetrzymywano również bryndzę. Nikt nie jadł masła tak jak dzisiaj czyli na kanapce. Masłem tym zasmażano zupy.
Potem przychodziło Boże Narodzenie. Zaczynało się Wigilią. Przez cały dzień nikt prawie nic nie jadł. Gospodynie piekły ziemniaki. Piekły je pod blachą, w skorkach. Potem podawały do jedzenia. Przyrządzały także czarną kawę paloną z żyta i cykorii. Podczas wieczerzy podawano takie potrawy, na jakie rodzinę było stać. Były to dania przygotowane z tego, co wyhodowano w gospodarstwie. Więc kapusta z grzybami, z grochem. Podawano też łazanki z makiem, który latem rósł między burakami.
W wigilię nie należało od nikogo niczego pożyczać. Gospodynie pilnowały, aby pranie nie zostało na sznurach. Mało kto w ten dzień odwiedzał sąsiada. Jeżeli już musiał, to nie mogła to być kobieta. Kobiety piekły „babę na grulowniku”, którą podawały w Boże Narodzenie. Boże Narodzenie to ogromne święto. Nie odwiedzano nawet najbliższej rodziny, spędzano cały dzień w gronie domowników. Było to tak wielce czczone święto, że gospodarze w tym dniu nie wyrzucali gnoja ze stajni, a gospodynie nie gotowały ani nawet nie zamiatały podłogi. A była ona zanoszona słomą, która wychodziła przecież z łóżek z sienników. W drugi dzień świąt można już było odwiedzać się. Działo się to jednak tylko w obrębie swojej wsi. Bardzo rzadko ktoś miał rodzinę w innej miejscowości, gdyż nie zawierano małżeństw poza Trybszem. Jeżeli zdarzał się taki związek, to nieczęsto, bo uważano, że do drugiej wsi żenią się lub wychodzą za mąż ci, co nic nie mają, to znaczy nie mają majątku. Na szczęście dzisiaj już tak nie myślimy.
Od Bożego Narodzenia rozpoczynał się karnawał czyli mięsopusty. Był to czas radości. W karnawale najczęściej odbywały się wesela. A wesele w Trybszu to wydarzenie nie tylko dla rodzin młodych, ale i dla całej społeczności. Wesela odbywały się we wtorki lub środy, około godziny 9. Była to pora dogodna dla wszystkich – gospodarze już odkarmili zwierzęta a gospodynie zdążyły z pracą w domu. W niedzielę przed weselem panna młoda przychodziła do kościoła w koronce z „wontrysu”, a pan młody w kapeluszu z „wontrysowym piórkiem”. „Wontrys” to taki specjalny rodzaj nitki, coś w rodzaju dzisiejszej ozdobnej złotej nitki, na którą wieszamy bombki na choince. Kupowano go w Kieżmarku. Ale „wontrys” na wesele był biały. Z niego była uwita owa koronka i piórko. W Trybszu było kilka gospodyń, które to potrafiły robić. Po mszy młodzi zapraszali swoich drużbów na obiad. Drużbów w tym czasie było tylko dwóch i reprezentowali oboje młodych w przeciwieństwie do druhen. Druhen było tyle, ile było w rodzinie dziewcząt gdzieś od 15 roku życia. Po obiedzie drużbowie dostawali od młodych listę z zaproszonymi gośćmi, wódkę i szli zapraszać mieszkańców na wesele. Szli śpiewając. W każdym domu odśpiewywali przyśpiewkę i w ten sposób zapraszali. Przed obejściem, zanim weszli do czyjegoś domu śpiewali:
Otwiyroj się bramo,otwiyroj się sama, Bo tu idom chłopcy od młodego pana.

Jeżeli któraś dziewczyna odmówiła któremuś z nich, to przechodząc obok jej domu śpiewali złośliwie:

Jo z gory pojadym, hamuwoł nie bedym,
Za tobom dziywcyno banuwoł nie bedym.

Sikiyreckom zacion, trzoska odleciała ,
Całujze mnie w d... kieześ mnie nie fciała.

Po II wojnie zwyczaje te zaniknęły, pojawiły się poprawiny, a i wesela zaczęto urządzać coraz częściej w soboty.
W dzień wesela wszyscy wylegali na ulicę, żeby zobaczyć młodych. Najpierw orszak szedł do domu panny młodej. W drodze do kościoła druhny rzucały w stronę obserwujących „kołoce” czyli placki w rodzaju podpłomyków, upieczone wcześniej w takiej ilości, żeby wystarczyło dla wszystkich po drodze. „Kołoce takie piekło się na węglach szybko obracając, żeby się nie przypiekły. Podawano je na co dzień do różnych potraw. W kościele druhny stały rzędami aż po drzwi. Nie zakładały chustek na głowę, gdyż jako niezamężne, nie musiały tego robić. Ubierały za to odświętny strój. Samo wesele było okazją do śpiewu, tańca i rozmów. Na obiad kucharki podawały rosół z makaronem i kapustę. Nie było osobnych talerzy dla każdego, toteż biesiadnicy jedli ze wspólnych misek. Było przy tym śmiechu co niemiara. „Parobcy”czyli starsi chłopcy specjalnie dużo solili, wyjadali co lepsze kęski. Wykorzystywali trochę to, że dziewczęta się wstydziły. Po obiedzie na stole pojawiały się inne smakołyki. Jeżeli myślicie, ze takie jak dziś, to jesteście w błędzie. Te rarytasy to jajecznica na mące, która do niedawna w wielu domach była tradycyjnym niedzielnym śniadaniem, bryndza, słonina. Był pieczony chleb, a zamiast dzisiejszych tortów i ciastek – baby drożdżowe i „grulowniki”. Oczywiście nasi dziadkowie nie odbywali wesel bez alkoholu. Ale i tu zadowalano się tym, co wyrabiano domowym sposobem- bimbrem. Na weselu nikt nie podawał mięsa. Wesele miało swoje tradycje. Na wesele nie miały wstępu dzieci. Starsi chłopcy wypędzali je z wesela, więc rzadko które przychodziło. Bo wesele to była sprawa dorosłych. Z wieczora młodzi otrzymywali od swoich gości prezenty „dor”. Były to skromne dary, ale też nikt nie oczekiwał drogich i kosztownych podarków. We wsi było dość biednie, ale ludzie chętnie uczestniczyli w weselach, chociażby ze względu na niewielkie wymagania „prezentowe”. Młodzi więc dostawali chustkę, kawałek materiału, czasem pieniądze.
Około północy mężatki sadzały pannę młodą na krześle i dokonywały „cepowin”. Polegało to na tym, że zdejmowały młodej koronkę, zakładały czepiec i chustkę- delinkę. Żartując podsuwały młodej cedzarkę do ziemniaków, żeby się w niej przeglądała. Pan młody musiał żonę wykupić, oczywiście za alkohol. Wesele trwało najczęściej jeden dzień do rana. Jeżeli dziewczyna wychodziła za mąż za chłopaka z innej wsi, musiała się „odprowadzić” czyli pożegnać nie tylko z domownikami, ale i z domowymi sprzętami, na przykład z łyżkami.
To cały czas karnawał. Był to także czas „chodzenia z kądzielą”. Była zima, więc młode dziewczęta zbierały się w „kądzielnych izbach”. Wcześniej umawiało się ich kilka, do której wieczorem przyjdą i u kogo taką izbę urządzą. Gospodyni „kądzielnej izby” musiała ją wcześniej przygotować, wyczyścić lampę, ozdobić różowo- czerwoną wycinanką. W zimie także przygotowywano len. Jesienią zebrany i wymoczony, przecierano na trojaczkach, a w zimie kobiety przędły. Z uzyskanych nitek na krosnach wyrabiano później lniane płótno, potrzebne do szycia ubrań i innych wyrobów gospodarskich, na przykład płacht do siania zboża na wiosnę. Do tej pracy zbierały się dziewczęta i kobiety wspólnie, aby razem porozmawiać i pośpiewać, spędzić czas w długie zimowe wieczory. I tu chłopcy robili im różne psikusy. Kiedy tylko widzieli, że dziewczęta rozeszły się do domów, aby coś zjeść, natychmiast motali lnianą kądziel po drzewach, po ziemi.
Czasem nawet podpalali na krążku. Wtedy dziewczęta miały wykonać od nowa tę samą pracę. Inną czynnością były „prucki”. Polegały one na darciu pierza gęsiego w domach, w których także zbierało się kilka niewiast. Kawalerowie również i wtedy robili „na despet” czyli na złość- a to wpuścili ptaka do lampy, która natychmiast gasła, a to podlewali wodę na krzesła i siadająca dziewczyna miała mokrą spódnicę, a to obracali suszące się na blasze kołcuny czyli sukniane buty, aby dziewczyny nie mogły rozpoznać swoich. Wszystkim tym żartom towarzyszył śmiech i radość.
Aż nadchodziły nieuchronnie ostatki. W domach, przeważnie pustych, Cygan Mirga grał od ostatniej niedzieli karnawału aż do „wstępnej środy” czyli środy popielcowej. Z muzyką nie było żadnego problemu. Wielu mężczyzn umiało grać na skrzypcach i basach.
Podczas ostatków młodzież się bawiła, a zamężne kobiety przygotowywały się do postu. Popiołem szorowały garnki, żeby ani jedno tłuste oko nie pojawiło się na potrawach postnych. Należy przy tym pamiętać, że o ile w adwencie poszczono trzy dni w tygodniu, to w poście całe czterdzieści dni. W tak „wycuchanych’ garnkach gospodynie gotowały kwaśnicę z jajkiem roztrzepanym. Była to zupa na oleju lnianym. W ogóle postne potrawy przygotowywało się na takim oleju. Olej lniany tłoczony był w olejarni w Czarnej Górze. Znajdowała się ona za wodą, naprzeciw obecnej szkoły i była w posiadaniu rodziny Wodziaków. Gospodynie gotowały także zupę z kminową wodą. Zbierany latem i jesienią kmin dodawały do zasmażki, a to wszystko razem do zupy. Tak samo było z bryndzową wodą.
Na Niedzielę Palmową kawalerowie przygotowywali palmy. Bazie na palmach wiązali biczem. Bicz służył do pasenia krów latem, a bazie z palmy wkładano do pierwszej zaoranej na wiosnę skiby ze zbożem lub ziemniakami. W Wielki Piątek jadło się „raz do syta, dwa razy tak sobie”. Pilnowano się nawzajem, żeby nikt niczego od nikogo nie pożyczał.
Niedziela Wielkanocna rozpoczynała się procesją Rezurekcyjną. Na sumie święcono pokarmy, a chleb święcony w tym dniu, gospodarze wkładali do skiby. Było to wielkie święto. Do tego stopnia, że tak jak i w Boże Narodzenie, nikt nie zamiatał domu, nikt nie wyrzucał gnoju ze stajni. Kobiety nie gotowały też obiadu, bo wszyscy jedli „święcelinę”- specjalne danie przygotowane z pokrojonych święconych składników i polane kwaśnym mlekiem z dodatkiem tartego chrzanu. Świecono wtedy jajka, kiełbasę, „sołdrę” czyli szynkę wędzoną, mięso, chrzan, sól. W drugi dzień świąt, jak w każdej miejscowości, odbywał się obrzęd „śmigus – dyngus”. Nie było wtedy perfum i kawalerowie musieli (i chcieli) oblewać dziewczyny wodą z wiader. Co bardziej pomysłowi rozpuszczali w wodzie mydło tworząc środek zapachowy.
Po Wielkanocy zwykle następowała wiosna, a wraz z nią mieszkańcy wychodzili do swoich polowych prac, które na dobrą sprawę kończyły się dopiero późną jesienią. Ale wcześniej odbywały się ceremonie różnych zwyczajów i obrzędów. Po świętach wielkanocnych najprędzej obchodzili mieszkańcy Trybsza Zielone Świątki. Panował zwyczaj oświecania ducha. Mówię „panował”, bo to, co do dzisiaj się kultywuje, w niczym nie przypomina obrzędu sprzed lat. Starsi chłopcy szli do lasu i przynosili korę ze smreka. Musiała ona być w jednym kawałku, dlatego nie każdy mógł ją przynieść. Kiedy już była, formowali z kory lejek. Do lejka wlewano uzbieraną w lesie żywicę z drzew i wkładano słomę. Grupa młodzieży zbierała się na Ubocy w przeddzień Zielonych Świąt czyli świąt Zesłania Ducha świętego. Zapalali lejek i śpiewali pieśni do Ducha świętego, także modlili się. Potem oczywiście śpiewali inne pieśni. W Trybszu panowała swoista konkurencja między „gorzanami” a „dolanami” o to, kto zapali większe ognisko z tej okazji. W drugi dzień Zielonych Świąt jest zwyczaj „mojek”. Jest to zwyczaj, który zachował się w kilku wsiach, między innymi w Czarnej Górze. Pamiętają o nim strażacy, ale i mieszkańcy wsi. Strażacy formują oddział i wędrują przez wieś. Z przodu oddziału kroczy jeden z nich trzymając przystrojone drzewko świerku. Zatrzymują się przy każdym domu i śpiewają. Towarzyszy im mężczyzna przebrany za „pana”: ma najczęściej ciemne okulary, brzuch wypchany poduszką i czarny skórzany płaszcz. Kobiety muszą z nim odtańczyć przed swoim domem. Przed domami, w których były panny na wydaniu zazwyczaj stawiano „lyskę” czyli wyciętą leszczynę. Cały ten orszak dopełnia dziwna para. Są to dwaj mężczyźni przebrani „za Cygankę i Cygana”. Biegają za dziećmi strasząc miotłami, wywołują śmiech robiąc ludziom na złość: a to spuszczą wóz, a to uderzą w tyłek miotłą, a to znów zastawiając samochody. Za wszystko to należy się zapłata: strażakom pieniądze, a i „Cyganom” także. Kiedyś otrzymywali oni jajka. Dawniej „ogrowanie mojek” w Trybszu było wielkim widowiskiem. Zjeżdżali do naszej wsi mieszkańcy okolicznych wiosek, a nawet i z dalszych. Był to specyficzny zwyczaj, nigdzie tak mocno nie kultywowany. Za całym tym korowodem biegły liczne grupy dzieci piszcząc i uciekając przed razami „Cyganki”.
Po Zielonych Świątkach czekać było tylko lata. Najpierw jednak uroczyście obchodzili trybszanie odpust ku czci św. Antoniego (13 czerwca), około niego Boże Ciało. Co biedniejsi później wyruszali aż za Kraków, by tam najmować się do kośby, bo w naszej wsi mieli zbyt mało pola, aby się tylko z tego utrzymać. Ale pozostali gospodarze kosili kosami. Dlatego prace trwały dosłownie całe lato. Kobiety nosiły mężczyznom w pole w dwojaczkach obiad. Do prac przy żniwach szli wszyscy, a matki zabierały nawet maleńkie dzieci. Wiązały je w płachcince na trzech kijach wbitych w ziemię.Po pierwszym koszeniu siana, do skoszenia otawy, w każdym domu kręcono kołowrotkami powrósła. Różni gospodarze liczyli różnie mondle- jedni 18, a inni 20 powróseł na mondel. Pierwsze snopy jęczmienia natychmiast młócił gospodarz, był bowiem zwyczaj, że należy z pierwszej mąki jeszcze na przednówku upiec chleb. Miało to zapewnić dostatek chleba przez cały rok. Działo się to w myśl powiedzenia „ Na świętego Bartłomieja jedz świeżego podpłomieja”. Otawę , czyli drugi pokos traw zwożono specjalnymi „półkoskami” czyli wozami, które zamiast drabiny czyli „lyter” miały specjalnie uplaciony kosz z jałowca. Pozwalało to na przywiezienie trawy w całości, gdyż była ona bardzo mała. Jesień zamykała całość.
Ale o jesieni już wiemy.

Opr. Julia Miśkowicz
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Zegar i Kalendarz
Dzień
Copyright © by Proboszcz & Klojek

483159 Unikalnych wizyt

Powered by PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie